czwartek, 31 marca 2016

10. nośnik wiedzy najważniejszej



Pomysł pisania bloga, jak już wspominałam miałam już naprawdę dawno temu. Ale jak wiadomo najtrudniej jest zacząć i do tego początku namówili mnie moi bliscy. W sumie od dawna namawiali, ale zaczęli to robić w zmasowany sposób, czasem zupełnie niezależnie od siebie. Siłą własnych pragnień i ich „nacisków” podjęłam wezwanie.
Fakt, że zdecydowałam się pisać o sobie podkreślając bycie po przeszczepie może słusznie sugerować, że nie mam z tym problemu – w zasadzie nie miałam nigdy. Oznacza to tylko tyle, że wszyscy moi przyjaciele i znajomi, przy odrobinie zainteresowania, wiedzą, po jakim zabiegu jestem i jak wielkie ma to dla mnie znaczenie. W zasadzie pewnie wiedzą o tym wszyscy, bo często chociażby na swoim facebookowym profilu promuję przeszczepianie narządów, podlinkowywuję artykuły czy po prosty wypowiadam się na ten temat. Taki stosunek do przeszczepu mam w zasadzie od początku, nawet wtedy kiedy jeszcze facebooka nie było, a były takie czasy..
Nigdy nawet przez moment nie poczułam konieczności ukrywania tego faktu. Ani w szkole, ani na podwórku wśród dzieciaków, czy potem młodzieży nie czułam się gorsza, mniej wartościowa, mniej fajna z tego powodu. Dlatego zawsze kiedy ktoś był tematem zainteresowany chętnie odpowiadałam i odpowiadam na pytania, opowiadam czy udzielam informacji.
Zauważyłam chyba w szkole średniej, że to nie wiedza, a jej brak powoduje problemu. Nie ma nic gorszego jak domysły, a przecież domysły rodzą się właśnie z niewiedzy i są powodowane każdą, dosłownie każdą „innością”. W moim wypadku niewielki wzrost, leki, blizna– budziły ciekawość, choć ta ostatnia chyba najmniejszą. I nic nie denerwowało mnie tak bardzo jak ploteczki, niedomówienia czy powtarzane nieprawdziwe informacje dlatego zwykle jawnie i otwarcie wyskakiwałam i wyskakuje z szafy. Cóż, każdy ma swoje powody aby się ujawniać :)
Moi przyjaciele śmieją się, że mam dziką frajdę z obserwowania zaskoczonych min i specyficznych reakcji na moje wyznanie. I faktycznie, bywają te reakcje naprawdę zaskakujące, śmieszne ale nigdy szczególnie nieprzyjemne..
Jednak dużo bardziej od tych reakcji cieszy mnie fakt, że mogę swoim przykładem, swoją opowieścią przekazać informacje, czasem oswoić strach przed nieznanym. Wydaje mi się, że jednym z większych błędów ludzi chorujących czy zmagających się z niepełnosprawnością jest nie udzielanie informacji o swoim stanie – nie mówię tu o przedstawieniu medycznej dokumentacji, a zaznajomienia człowieka z tematem. Nic nie wzbudza naszych podejrzeń, strachów i wyobraźni (tej złej) jak nieznane – a znane może być tylko wtedy jeśli będzie dostępna wiedza. Każdy z nas jest nośnikiem wiedzy – o nas samych, o naszym pochodzeniu, stanie zdrowia, pasjach..
Im bardziej będziemy otwarci, im bardziej będziemy chcieli ze sobą nawzajem rozmawiać tym większa szansa na większe poznanie i wzajemne zrozumienie.
Mi brak zrozumienia zdarza się niezwykle rzadko…

poniedziałek, 28 marca 2016

09. dziś mam nadzieje, że w niebie jest polędwica

Pełny namiot Akademii Sztuk Przepięknych to nie jest rzadkość. Woodstockowicze zawsze tłumnie gromadzą się aby wysłuchać rozmowy z Kimś zaproszonym. Tak było i tym razem. Usiadłam chyba w trzecim rzędzie, a za mną tych rzędów było tyle, że wychodziły poza namiot.. Przywitaliśmy Księdza Jana Kaczkowskiego na stojąco, gromkimi brawami. Wyśpiewane "sto lat", brzmiało jakoś inaczej niż zwykle... mocniej - jakby każdy z Nas chciał Mu przekazać swoją energię, aby jeszcze na długo Mu starczyła, aby jeszcze z Nami tutaj na Ziemi został.. 
Mówił, jak zawsze mądrze, prawdziwie... I można było się z Nim nie zgadzać, można było mieć inne poglądy, spojrzenie na świat, Ludzi, Boga czy Kościół - ale nie można było przejść obojętnie wobec szacunku jakim obdarzał każdego. Miłości do bliźniego miał tyle, że obdzielił nią wtedy Nas wszystkich.. 
Kiedy przeczytałam "Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość", nie mogłam oderwać od niej myśli. Leżała długo na biurku zaraz obok mnie, a ja sięgałam po nią czytając fragmentami i zastanawiałam się, co mogłabym o niej powiedzieć? Co można powiedzieć o książce w której nieznajomy Ksiądz wyjaśnił mi więcej na nurtujące mnie tematy niż wszyscy razem księża spotkani na mojej drodze.. To wtedy obiecałam sobie, że spotkam Księdza Jana i spotkałam na Woodstocku.. To również tam opowiadał o chorobie i cierpieniu - o których tak często inaczej mówią ludzie Kościoła, a z którymi On tak dzielnie walczył.. 
Ksiądz Kaczkowski wypowiedział jedno z najważniejszych zdań mojego życia. Co prawda tego zdania najbardziej potrzebowałam kilkanaście lat wcześniej, ale wtedy, w namiocie ASP poczułam ogromną ulgę, że jednak Kapłan myśli podobnie do mnie, że jednak nie każdy "pracownik" Pana Boga uważa, że cierpienie i choroba to kara. Ani nie kara, ani krzyż dany przez Boga na próbę, a czysta biologia i natura z którą powinniśmy się zmagać pozwalając sobie na w miarę normalne życie... 
Kilka dni temu oglądając film "Śmiertelne życie", powiedziałam "chciałabym jeszcze mieć okazję spotkać się z Księdzem Kaczkowskim", dziś wiem, że tutaj będzie to niemożliwe ale mam nadzieje, że spotkam się z Nim w innym wymiarze, w innym miejscu...
Ksiądz Kaczkowski mówił mnóstwo mądrych rzeczy, które mogłabym teraz zacytować jako naukę dla siebie na przyszłość, ale najbardziej bym chciała nie przepuścić życia między palcami. Najbardziej bym chciała aby moim wnioskiem z Jego lekcji było bycie lepszym człowiekiem, człowiekiem umiejącym wykorzystać każdą chwilę aby żyć naprawdę... przez ogromne Ż...
czego i Wam życzę. 

Dziękuję i życzę Księdzu aby Pan Bóg w niebie miał polędwicę, bo o czerwone wino nie musimy się martwić :)

piątek, 25 marca 2016

08. wspomnienia tamtych dni - czyli słów kilka o zjazdach..

Wróciłam. Rzecz jasna, wróciłam już dawno. Zjazd dzieci i młodzieży po przeszczepie serca zakończył się niedzielnym popołudniem, do domu dotarłam po 2 w nocy.. Bywa, zwłaszcza jak mieszka się w Narnii. 
Z dwunastu zjazdów byłam na jedenastu, włącznie z tym pierwszym. 
Najważniejszym powodem dla którego ciągle jeszcze tam jeżdżę, mimo tego, że nie jestem już ani dzieckiem ani (chyba, niestety) młodzieżą są ONI. 
Oni Wszyscy - moi Ludzie, moje Przeszczepki i Nasi Przyjaciele - Przyjaciele, którym co roku chce się coś dla Nas zrobić, przygotować, zorganizować... a co najważniejsze spędzić z Nami weekend, który przecież mogliby spędzić w dowolny i sobie tylko znany sposób. 
Dwanaście lat, a ja ciągle spotykam tych samych Ludzi - te same Organizacyjne Twarze, te same Twarze pracujące w hotelu - Twarze z którymi łączą Nas wspomnienia, wspólnie spędzony czas i naprawdę nikogo z nich nie traktujemy jako tylko organizatora. Przez tyle lat, można zwyczajnie się nawzajem oswoić, zaprzyjaźnić - i nawzajem za sobą tęsknić. 
I tak, tęsknię od niedzieli za swoją Przeszczepkową Rodziną, za Organizatorami, za dzieciakami Organizatorów - które już też "dzieciakami", być przestali, za najlepszym duetem Kelnerów świata.. 
I w sumie, to właśnie Ludzi w tych zjazdach najbardziej sobie cenie i te rozmowy, które nigdy nie wyjdą poza moje wspomnienia, które nigdy w pełni nie zostaną zacytowane bo są zbyt nasze, zbyt prywatne, zbyt...
To właśnie przez te rozmowy na zjazdach jesteśmy niedospani, zmęczeni, poturbowani - czasem, aż tak, że nie mamy siły na udział w rozrywkach przygotowanych przez organizatorów i podpieramy ścianę patrząc jak realizują się dużo młodsi od Nas. Ale to te rozmowy i te zupełnie prywatne chwile najbardziej Nas budują i motywują :)
To te rozmowy najbardziej się pamięta i wspomina - przetwarzając w pamięci kiedy nadchodzi nieco gorszy czas.. 
 

czwartek, 17 marca 2016

07. dołącz do swoich

Walizka, jak co roku, przed tym weekendem czeka w gotowości aby wyruszyć. Tak już od lat z małą przerwą w tamtym roku... Wyruszam, zobaczyć się, zintegrować, poznać, porozmawiać, podzielić doświadczeniem z "takimi jak ja".
W dobie portali społecznościowych, grupy społeczne to już norma - dziś można stworzyć grupę ludzi lubiących ten sam rodzaj kawy, tą samą markę samochodu. Zespół, film, grupa sportowa - to już w zasadzie norma. Wszyscy się zrzeszają. 
Zrzeszamy się też My - osoby chore, niepełnosprawne też tworzą swoje grupy, czasem stowarzyszenia albo fundacje. Organizacje te często nie mają żadnego celu zbierania datków, a samo zrzeszanie i wspólne bycie, wspólną integracje, wzajemną pomoc. 
Tak jest również w przypadku przeszczepów narządów - osobiście znam co najmniej kilka organizacji zrzeszające osoby po transplantacjach, które działają w różnych miejscach i realizują różne założenia. 
Jednak tym razem nie jadę z żadnym stowarzyszeniem czy fundacją - jadę na spotkanie ludzi bardzo młodych, albo takich jak ja, nieco starszych ale takich którzy przeżyli przeszczep przed 18-stym rokiem życia. 
Pewnie nie wszyscy wiedzą po co są takie spotkania. Po co zrzeszają się cukrzycy, ludzie po przeszczepach czy z inną chorobą bądź niepełnosprawnością - po co? 
Głównie po to aby móc pobyć ze sobą.. Po latach chorowania, czy bycia niepełnosprawnym człowiek wielu rzeczy już doświadczył, wielu się nauczył i wie- ale w momencie kiedy zmaga się z czymś od niedawna lub w swojej niepełnosprawności, chorobie styka się z problemem, którego dotychczas nie miał - warto by miał kogoś z kim może ten problem naprawdę przegadać. 
Przegadać zupełnie szczerze, czasem aż do bólu, do łez, aby wiedzieć i mieć pewność - a nie chwilowe ukojenie zwyczajnym "nie przejmuj się". Owszem to też czasem jest potrzebne, ale przy poważnych dylematach, zwyczajnie nie wystarczające.. 
Spotkania takie jak to pozwala nam bez obawy mówić o swoich obawach czy odczuciach i mamy pewność, że odbiorca wie - bo siedział na bardzo podobnym, przysłowiowym wózku, co przeżywamy. 
Wiem, że są osoby, które w swojej chorobie czy niepełnosprawności - a nawet po prostu w swojej indywidualności, zamykają się twierdząc, że nikt nie jest w stanie ich zrozumieć, im pomóc. Są tacy, którzy izolują się przed spotkaniem z "podobnymi sobie" ze strachu przed konfrontacją, aby nie zostać zbytnio poznanym. 
Mi osobiście, wielokrotnie właśnie to inne "przeszczepki", a nie lekarze czy psychologowie ratowali skórę. To oni mówili czy to co przeżywam to już problem i powód do zmartwienia czy może pewnego rodzaju norma z którą muszę się zmierzyć i to im jakoś bardziej, nawet podczas buntu, chciało mi się wierzyć. Bo wiedziałam, że pani X nie wzięła sobie wiedzy owej z palca, książki, czy nie powtarza jak papuga za kimś kolejnym, a owa pani X właśnie tą wiedzę zdobyła, doświadczyła sama na własnej skórze - więc jej można było wierzyć.. 
Dlatego,  ZNAJDŹ SOBIE GRUPĘ - nawet jeśli nie jesteś chory, niepełnosprawny, nic Cie nie uciska i nie gnębi to zawsze możliwość do poznania Kogoś kto myśli podobnie ale może trochę szczerzej, trochę inaczej niż Ty sam.. 
Ja takich grup mam kilka- i oczywiście nie każda z nich dotyczy stanu mojego zdrowia ale też muzyki, audycji, pasji, podróży, zespołów czy festiwali :)

wtorek, 15 marca 2016

06. bo czasem warto otworzyć się na nowe

Bliżej mam do trzydziestki, niż dwudziestki, a nawet do dwudziestki piątki i tak żyłam w przekonaniu. W dziwnym przekonaniu, że Opera to takie miejsce totalnie nie dla mnie, że w operze to nic dla siebie nie znajdę i że pewnie potwornie się zanudzę, zniecierpliwię i uznam, że Wszyscy tam nie śpiewają, a "wyją" - bo zdawało mi się, że aż tak wysublimowanych gustów to ja nie mam. I żyłam sobie tak w tym przekonaniu od zawsze, twierdząc, że owszem kilka utworów to mi się podoba i może nawet zachwyca, ale całego występu to znieść, bym nie zniosła za żadne skarby świata. Nie dlatego, że Opera, Operetka to złe miejsce i zła muzyka ale dlatego, że ja jakoś do niej nie pasuję...
Jak to w życiu bywa czasem o wszystkim decyduje los, przypadek i inny człowiek.
Wydarzyło się tak, że przed nowym rokiem albo może zaraz po czytałam w jakimś tekście co fajnie jest zrobić w nowym roku - sugerowano różne rzeczy, a czytelnicy jeszcze inne podpowiadali i mój wzrok padł na "spróbuj czegoś, czego nigdy w życiu nie próbowałeś", pomyślałam, że i fajne i proste. Bo w zasadzie każdy rok, każdy miesiąc i może nawet dzień stawia przed nami różne wyzwania i różne możliwości, a ja jakoś zwykle chętnie z nich korzystam. Postanowiłam nic nie zmieniać, a tylko bardziej temu "nowemu" się przyjrzeć,
Zastanowiło mnie co w tym roku będzie "nowe". I nowe przyszło szybko, nie było to pierwsze nowe - ale takie na które zwróciłam uwagę i które pamiętać będę.
Moja Mama przyniosła bilety na operetkę - pomysł podobał mi się średnio. Ale po pierwsze to moja Mama, a po drugie przecież w zasadzie dlaczego nie? Opera mnie nie ugryzie. Najwyżej mi się po prostu nie spodoba..
Usiadłam w fotelu pełna napięcia, bo wiedziałam że "nowe" będzie trwało koło dwóch godzin, a ja pod żadnym pozorem nie opuszczę występu - bo nie mam w zwyczaju urażać sztuki ani artystów... i z pewnością tego co zobaczyłam i usłyszałam nie nazwałabym "wyciem".
Momentami, moja rozszalała wyobraźnia pokazywała mi obrazek ze Shreka - kojarzycie na pewno... Fiona razem z ptaszkiem śpiewa przy robieniu śniadania Osłowi i Shrekowi i.... ptaszek nie wytrzymuje napięcia. Wytrzymałam.
W tym samym miesiącu poszłam na występ Opery Kijowskiej - była opera, operetka i balet i tam.... się zakochałam. We wszystkim i we wszystkich, w strojach, w mimice, w graniu, w artystach, w utworach i tak samo jak porusza mnie mój rock, czy poezja śpiewana poruszyli mnie oni - miałam ciary, miałam uśmiech i miałam łzy....
Nie wiem skąd, w jaki sposób Ludzie tworzą takie dźwięki - sądzę, że każdy talent do palec Boży - ale ten talent był dla mnie zaskoczeniem, najprawdziwszym zaskoczeniem - a mój zachwyt jeszcze większym....
Już wiem, że pewnie pojadę kiedyś do Kijowa, żeby zobaczyć ich u nich, żeby znów ich usłyszeć, żeby znów się zachwycić.
Ale wiem też coś innego, coś podstawowego- czasem po prostu warto się otworzyć. Otworzyć, a nie żyć w swoim przekonaniu - sądząc, że na pewno ma się rację. Czasem warto spróbować - zwłaszcza, że taka próba nie zagraża zdrowiu ani życiu. Nic nie tracimy, a możemy się tylko wzbogacić...
Tak jak ja o operę, operetkę i balet... 

wtorek, 8 marca 2016

05. dobro i miłość wygrywają nie tylko w bajkach

Wieczór, ciemno, zimowo ale w serduchach gorąco. Do oczu napływają mi łzy, wraz z innymi odliczam 10, 9, 8......i tak do 0 i czekam wcale nie na Nowy Rok, dookoła mnie stoją Przyjaciele tak samo wzruszeni, tak samo szczęśliwi tak samo dumni jak ja.. 
Po raz pierwszy pod Pałacem Kultury, po raz pierwszy w Warszawie, po raz pierwszy w centrum wydarzeń - jestem i gram z Orkiestrą, ale nie po raz pierwszy. Od 13 Finału ciągle aktywnie czyli 11 lat, nieprzerywanie i tak już do końca. 
Dziś u siebie, biegnę przez miasto, ledwo zdążam na konferencje - i czekam. Czekam na najważniejsze słowa TAK znowu mamy Rekord! 
Nie, nie to że jest mnóstwo pieniędzy cieszy najbardziej, a fakt że te pieniądze będą sprzętem na oddziałach pediatrycznych, oddziałach geriatrycznych, że ten sprzęt zapełni szpitale i znów będzie bezpieczniej. Znów trochę wygraliśmy z chorobami, smutkiem, łzami i bezsilnością, znów zrobiliśmy coś trochę dla siebie, trochę dla innych aby dzieciaki mogły wygrać życie i radość z chorobą i smutkiem, i aby lekarze mieli czym o to zdrowie walczyć. Znów daliśmy szansę na godną starość - która przecież Nas wszystkich prędzej czy później czeka. 
Znów jesteśmy bliżej Aniołów, może znów się Nimi stajemy.
Nie wygrał jeden człowiek, wygraliśmy MY - mnóstwo Nas, Wszyscy. Chociaż tak często dzielimy się poglądami, spojrzeniem, ale w walce o najważniejsze nie dajemy się podzielić.
Dzięki Wielkiej Orkiestrze poznałam Przyjaciół najprawdziwszych pod słońcem, dzięki Orkiestrze przeżyłam najlepsze momenty w życiu, dzięki Orkiestrze nauczyłam się więcej niż nauczyło mnie większość nauczycieli, dzięki Orkiestrze mam w głowie najwspanialsze obrazki świata, dzięki Orkiestrze nauczyłam się współpracować czasem z zupełnie innymi Ludźmi niż ja, dzięki Orkiestrze poczułam się prawdziwie dumna z siebie. I dzięki Orkiestrze za każdym razem słyszę, że dumni ze mnie, z moich Przyjaciół są moi Rodzice. 
Pamiętam pierwszą swoją wizytę w Sztabie - weszłam na chwilę, zostałam na zawsze. Pamiętam jak przyszłam nieco zawstydzona, bo wszyscy wtedy w Sztabie byli starsi ode mnie, bardziej doświadczeni, a ja weszłam wprowadzona przez Brata i tak zostałam... uczyłam się wszystkiego od klejenia puszek, po organizację wystaw, loterię, bezpieczeństwo i rozstawienie wolontariuszy i sądzę, że razem z kumpelą przez lata tworzyłyśmy najlepszy w tym duet - wiedziałyśmy kto, gdzie, z kim, po co... wszystko mieliśmy pozapinane na ostatni guzik. Czy bywało ciężko? Diabelnie. Czy kłóciliśmy się? Owszem, ale nigdy, nigdy tak aby na drugi dzień czy po pięciu minutach nie móc spojrzeć sobie w oczy :) po prostu wspólnie uczyliśmy się wszystkiego..
Najważniejsze, że niezależnie od tego z jakich szkół byliśmy, ile mamy lat, jakiej słuchamy muzyki czy nosimy bluzy czy skóry czuliśmy się i czujemy się RAZEM.
Ale to nie od tego Razem wzięła się moja chęć dołączenia. 

Przed laty, kiedy byłam dużo, dużo młodsza i miałam jeszcze tamto, stare, chore serce oglądałam Finał i pomyślałam "kiedyś tam będę", mając na myśli tylko siebie z puszką. Po jakimś czasie, już po przeszczepie trafiłam do Centrum Zdrowia Dziecka na kontrolę, WOŚPowe serduszka miało wszystko - i wiedziałam, mając 12 lat, wiedziałam, że Orkiestra będzie częścią mojego życia. Nie zakładałam tylko, że słowa "kiedyś tam będę" - będą, aż tak prorocze, że kiedyś stanę nie tylko z puszką, nie tylko w sztabie ale i pod Pałacem czy w studio... w największych marzeniach, o tym nie śniłam. 

Utożsamiam się z Orkiestrą - zawsze z Nimi gram, jestem Ich Aniołem, wolontariuszem, wsparciem - zawsze i bez Jurka rzeczywistości sobie nie umiem, nie chcę i nie potrafię wyobrażać...
To Jego Orkiestra sprawia, że ja i miliony podobnych do mnie czujemy się lepiej, czujemy się twórcami rzeczywistości, czujemy, że mamy wpływ i że możemy pomagać z muzyką w sercu i uśmiechem na twarzy... 
i choć jest dopiero marzec, i dziś podsumowaliśmy ostatni zimowy Finał to ja już wiem, że na kolejnym pewnie znowu (o ile tylko będę zdrowa - a zamierzam) będę w Warszawie, najpierw z puszką, potem pod Pałacem aby móc znów wygrywać - miłością i dobrem z każdym złem jakie ma miejsce na świecie... 

Kocham Cie Orkiestro ;) 
a Wam do zobaczenia podczas kwestowania z puszką i na koncertach 
niech MOC będzie z Nami  


niedziela, 6 marca 2016

04. z ciszą pośród dźwięków

Nie potrafię i chyba nie chcę posiadać umiejętności oceniania muzyki. Nie chcę robić wywodów na temat umuzykalnienia, talentów, taktów, rytmów czy klasyfikowania do jakiego ktoś gatunku winien,  bądź nie winien przynależeć. Ja wiem tylko, że znam się na własnych emocjach, uczuciach, wzruszeniach i drganiach duszy i albo mnie coś dotyka i to kocham, albo wcale nie rusza i nie zaprzątam sobie tym ani ducha ani umysłu.
Nie potrafię tworzyć muzyki, a więc pewnie dlatego nie umiem jej racjonalnie oceniać, a na pewno nie dziś - bo w wypadku zespołu Cisza jak ta, mówię, myślę i piszę samymi emocjami.
Wczoraj ku swojemu zachwytowi przeżyłam siódmy koncert tego zespołu i to po raz pierwszy w mieście, w którym mieszkam. Choć zdaję sobie sprawę, że to ciągle mało, zważywszy na fakt, że zespół koncertuje wzdłuż i wrzesz naszego kraju w praktycznie każdy (bez drobnych wyjątków) weekend. Jednak siedem, to na tyle aby wiedzieć i dostrzec, że zawsze, za każdym jednym razem zespół daje z siebie na scenie nie tylko muzykę, dźwięki, słowa, układające się w najsensowniejsze zdania świata ale i siebie, swoje przeżycia, emocje, uczucia, swoją miłość, swoją radość, a czasem swoją tęsknotę czy smutek..
Te siedem razy spowodowało nie tylko tą obserwację ale i to, że ze spokojem mogę nazwać się przyjaciółką zespołu, przyjaciółką która gdy trzeba stanie przy biletach, gdy trzeba pomoże i zawsze chętnie przytuli - każdego członka i członkinię zespołu, a najbardziej tego futerkowatego :)
Bo zespół to nie tylko piękne, urocze i piekielnie zdolne dwie Dziewczyny i czterech równie utalentowanych i tak samo przystojnych Panów ale i jeden szczególny, wyjątkowy futrzak - Juno. To Juno zgarnia największe brawa, chociaż zwykle nie wydaje z siebie ani z żadnego instrumentu ani jednego dźwięku. Ale to On jest największą przytulanką Ciszowych fanów i samych Ciszaków :) I na tym koncercie tylko Juna zabrakło...
Bo tak to było wszystko, zarówno na scenie, jak i u mnie w duszy, sercu, na twarzy. I tęsknota i radość i łzy i to poczucie, że zawsze ale to zawsze będę czuła niedosyt. Nie dlatego, że krótko, nie dlatego że niezbyt doskonale - bo i długo i najlepiej ale dlatego, że podczas bycia na scenie lat trzynaście - zespół stworzył mnóstwo utworów, zawartych na sześciu studyjnych krążkach, a że osobiście praktycznie wszystkie utwory znam to zawsze któregoś jakoś mi żal, że został niezagrany, niezaśpiewany. Dlatego Ciszo - ja ciągle czekam na taki koncert, który będzie trwał tyle, że każdy Wasz utwór będzie miał swoją chwilę, swoją radość, swoje wzruszenie - że zabrzmi w duszach najlepiej gdzieś pośród Bieszczadzkich Gór..
Cisza podobno dla niektórych jest jak SDM dla mnie w tym momencie jest po prostu ważniejsza, bo to z Ciszą żyje, dorastam, doświadczam to z Ciszą przeżyłam już wszystko - zakochiwanie, odkochiwanie, wzloty, upadki, powroty i pożegnania. Wiersze jakie prezentują oddają moje uczucia niezależnie od momentu życia i choć pojęcia nie mam gdzie będę za rok czy trzy to wiem, że na ich koncertach i płytach zawsze znajdę "coś" dla siebie - coś co mnie poruszy, dotknie, wywoła uśmiech czy spowoduje łzy wzruszenia. 
Dziś przeczytałam o Ciszy najpiękniejsze słowa jakie człowiek może napisać o zespole i żałuję, że nie jestem ich nadawcą ale ukradnę z tych słów jedno, najważniejsze - "Cisza jest jak Rodzina" - Rodzina, która tak dobrze czuje się ze sobą na scenie, że ich dobro, radość wspólnego bycia emanuje, ociepla nawet najbardziej zziębnięte serca..
Dziękuję Ciszo :* 

wtorek, 1 marca 2016

03. czy z "obcym" sercem, kocham inaczej?

Pytając mnie o zmiany wielu ludzi nie ma na myśli tego, jak się czuje, co mogę, a czego mi nie można, jakie mam ograniczenia. Myślą o tym jak zmieniła się moja osobowość, charakter, podejście do życia. Czy organ, w moim przypadku serce- to tylko narząd, mięsień bez którego nie można żyć czy może coś więcej?
Niektórzy wyobrażają sobie, że serce to nośnik miłości - bo przecież nie bez powodu to serce darujemy w każdej możliwej postaci osobie w której się zakochujemy. Odbierają też czasem serce jako dysk, w którym znajdują się wszelkie odczucia lubienia i nielubienia - a jeśli dysk staje się przenośnym to biorca powinien przykładowo polubić szpinak, nawet jeśli wcześniej go nie znosił, powinien pokochać jazz nawet jeśli wcześniej go unikał i powinien zostawić swoją rodzinę bo przecież przestaje ją kochać..
Nie wiem czy przed przeszczepem kochałam szpinak, nie jestem pewna swojego podejścia do jazzu, wiem za to kogo kochałam i wiem, że to się nie zmieniło.
Szpinaku, muzyki - nie mogę za bardzo pamiętać bo przeszczep miałam mając zaledwie jedenaście lat. I oczywistym jest, zupełnie normalnym, że człowiek się zmienia - zwłaszcza mając te naście lat. Niepokojące byłoby gdyby nic w moim życiu od tamtego czasu się nie zmieniło.
Od starszych osób wiem, że w większości przypadków też nie odnotowali większych zmian w lubieniu i nielubieniu - chyba, że nagle ktoś po przeszczepie przestaje lubić marchewkę- ale to jakoś specjalnie mnie nie dziwi ponieważ, z tego co pamiętam marchewka serwowana jest w szpitalu na każdy możliwy obiad i naprawdę można mieć dość :)
Jedyną zmianą jaką podobno większość przeszczepków zauważa to zmiana podejścia do życia. I jest to zmiana na lepsze, większość Nas po prostu bardziej docenia życie, chwile obecną i nawet drobiazgi z których przecież składa się życie.
Nie ma to jednak związku z organem, a z przejściem trudnych doświadczeń, traumy. A z pewnością, niepewność czy i ile będzie się żyło, czy przeżyje się zabieg i jak dalsze życie będzie wyglądało, choroba - można nazwać traumą.
Może to po prostu świadomość. Świadomość, że to wszystko mogło tak po prostu przeminąć, że już nic więcej mogło się nie wydarzyć. Każde spotkanie, każde poznanie człowieka, każde przytulenie, każdy koncert, słoneczny czy nawet deszczowy dzień mógł nie być naszym dniem..