środa, 30 maja 2018

33. O proteście opiekunów osób niepełnosprawnych


Sprawa protestu opiekunów osób niepełnosprawnych uderzyła we mnie bardzo, śledziłam niemal każdego dnia to, co dzieje się na proteście, mocno trzymając kciuki - aby się udało, aby każdy mógł szybko i szczęśliwie wrócić do domu, aby Ktoś się zainteresował i chciał im pomóc. Wrócili, niestety nie całkiem szczęśliwi. 

Myślę, że powinniśmy sobie zdawać sprawę, że protestowano w sprawie wielu osób- że to nie chodziło o tych kilka, kilkanaście osób- że chodziło o grupę osób... chodziło o Nas niepełnosprawnych.
 
I to nas potraktowano z pobłażliwością, to Nam nikt nie chciał za bardzo pomóc. Niesamowite, że człowiek, człowieka potrafi zasłonić kotarą. Być może wierząc przy tym, jak wierzy dziecko - że coś czego nie widać, nie istnieje. Niesamowite, że to człowiek potrafi wypowiedzieć się, o nieprzyjemnym zapachu ... to jest w moim odczuciu niegodne, niemoralne, nieprzyzwoite. I tego wszystkiego nikt, żaden człowiek nie powinien doświadczyć. Mieliśmy cały wachlarz zachowań, które świadczą o ignorancji i które z powodzeniem,mogłyby służyć przykładem dla dzieci jak nigdy nie zachowywać się wobec drugiego człowieka.
Potraktowano nas, jakbyśmy nie istnieli ponieważ jest nas stosunkowo mało - bo wielu z nas podczas wyborów nie znajdzie sił lub możliwości dotarcia do urn, ale wierzę że zapamiętają to co się wydarzyło, wszyscy inni - nasi znajomi, przyjaciele. Ci, którym nie jest wszystko jedno. Ci którzy są za życiem, nie tylko do urodzenia, ale także, a może przede wszystkim również po nim...

Rozprawianie przez polityków, w co kto z protestujących jest ubrany, na jakie wakacje jeździ jest hipokryzją podczas gdy sami, potrafią otaczać się naprawdę drogimi rzeczami, kupować domy i mieszkania, marudząc przy tym że ciągle im mało...  
Czasem, mam wrażenie, że od osoby niepełnosprawnej wymaga się by jedyną jej rozrywką było patrzenie się w ściany własnego domu - bo wyjazd, wakacje świadczą według polityków o bogactwie. Powinniśmy też być nie atrakcyjnie ubrani, rozczochrani, bez pasji, marzeń i uśmiechu na twarzy.  A przecież My niepełnosprawni i nasi bliscy też zasługujemy na chwile wytchnienia, też zasługujemy na odpoczynek, na możliwość odwiedzenia kina czy teatru. I jesteśmy tak samo ludźmi jak pani czy pan poseł...

Myślę, że wyrównanie renty socjalnej do najniższej renty plus dodatek o który walczono, nie sprawiłoby, że przewróciłoby nam się w głowach: z tych pieniędzy nadal nie będzie nas stać na egzotyczne wakacje co miesiąc, sportowe samochody czy dom z basenem. Pieniądze o które się upomniano- byłoby dla niektórych z nas, rozwiązaniem problemów podstawowych. 
Nikt przecież nie daje nam leków, sprzętu de rehabilitacji, benzyny aby dotrzeć do lekarza, ba jedzenie w lodówce też nie zapełnia się samo - a jeść, leczyć się, brać leki - po prostu musimy. 

Mam przywilej, bycia niepełnosprawną w taki sposób, że do niedawna mogłam chodzić do szkoły, studiować, pracować. Chwilowo znów nie mogę, jak długo? Nie wiem. Ale mam przywilej posiadania umiejętności samodzielnego poruszania się, czy komunikowania. To nie jest moja zasługa, a przywilej - którego niestety nie mają wszyscy. Przekonana jestem, że tym wszystkim, którym jest z jakiegoś zdrowotnego powodu trudniej w życiu, którzy nie mogą zatroszczyć się o swój byt, lub którzy zbyt dużo muszą inwestować aby żyć - państwo mogłoby pomóc. Zwłaszcza, że pomaga lub inwestuje w ludzi i rzeczy, nie warte często inwestycji.... 
Jestem przekonana, że przy odrobinie chęci by się dało. A przy odrobinie przyzwoitości dałoby się tych wszystkich protestujących potraktować nieco inaczej...,  GODNIE.

Oczywiście, jestem za tym aby niepełnosprawni w miarę swoich możliwości byli aktywni na rynku pracy. Ale niestety, nawet ze swojego doświadczenia wiem, że nie jest to takie proste, ponieważ nie każdy pracodawca jest gotowy podjąć z nami współpracę, nie zawsze też stan zdrowia nam na to pozwala. Nawet jeśli pozwala, to często pensje nie są na tyle wystarczające aby pozwalały na komfort utrzymania i leczenia.
 
Ja po przeszczepie, Ty na wózku, czy bez nogi, czy bez umiejętności widzenia lub z każdą inną niepełnosprawnością, czy chorobą - i Ty widzący, chodzący, mający swoje zdrowe serce - powinniśmy być traktowani tak samo godnie, jako tak samo ważni i istotni...  
 

Mam nadzieje, że będziemy mieć wystarczająco sił i motywacji aby zjednoczyć siły i raz jeszcze powalczyć o trochę godniejsze traktowanie. Mam nadzieje, że Ci którzy protestowali w sejmie otrzymają nie tylko to o co prosili, ale przede wszystkim mnóstwo wsparcia, ciepła i miłości - że znów uwierzą, że Ktoś z NIMI - z Nami się liczy....  Ja IM Wszystkim kłaniam się w pas.





niedziela, 22 kwietnia 2018

32. L4 od intensywnego wchłaniania życia

Za oknem słońce, na termometrze przyjemna dla oka liczba, w kalendarzu mnóstwo planów i plecak, jak zawsze, na wiosnę - gotowy do drogi!
Jeszcze tylko, spakować kilka rzeczy, przeżyć kilka godzin w pracy i odwiedzić swojego lekarza aby przeanalizował wynik i w spokoju wyjechać... to tu, to tam - prawie co weekend, miałam być gdzie indziej :) 
Jednak zmiana planów. Pani Doktor choć zwykle uśmiechnięta, tym razem się nie uśmiechała i zamiast ze spokojem na duszy, wyszłam z gabinetu ze skierowaniem na szpitalny oddział - "pilne".
Na drugi dzień, z całym ekwipunkiem zgłosiłam się do recepcji - zatrzymanie wszelakich planów, oddanie biletów, kilka wiadomości, pośpiesznie rozesłanych: nie będzie mnie w pracy, niestety nie przyjadę. Trudno, czasem bywa. 
Ostatnie dni, spędziłam w szpitalu i wpadłam w ręce, chyba serialowego doktora Hausa bo przebadano mnie wnikliwie, od paznokcia u stopy po czubek głowy. Czy jestem zdrowa? Jeszcze nie wiem- czekam na wyniki. 
Dziewięć dni spędziłam, na nakłuwaniu, przekłuwaniu, prześwietlaniu zamiast na czerpaniu z wiosny. I można by się wściekać, i pewnie płakać, też by można - a i owszem, nie zaprzeczę, były momenty kiedy mi się chciało i popłakać i tupnąć nóżką. Ale że nóżka niewielka nie specjalnie robi na Losie jakiekolwiek wrażenie. To i jestem gotowa! Zdecydowałam że znów, "w razie w", stanę do walki. Bo przecież,się nie poddam....
Widok na wiosnę ze szpitalnego okna.
Nie było, to wszystko łatwe, ale przeszłam chyba, większość badań, których człowiek boi się przejść i oto jestem i czekam.
Tym razem nie na podróże, nie na plecak, nie na telefon od Przyjaciół "to widzimy się w weekend", bo nie widzimy - po prostu czekam na wyniki. 
Dzięki Losie, że już w domu, z wiosną za oknem, ze wskazaniem lekarzy na czerpanie ze słońca podczas spacerów, z milionem pasji, które na szczęście realizować mogę.... i z bardzo długim L4 - od pracy, od wyjazdów, od wszystkiego...
Mam nadzieje, że to L4 okaże się tylko, dmuchaniem na zimne, że już się nie przedłuży, że wrócę w pełni zdrowa, silna i uśmiechnięta..., że mój plecak znów większą część czasu spędzi w drodze niż w szafie. Ale póki co...
Mam nadzieje, spodziewajcie się mnie tu częściej! Bo L4 od pisania nie mam, a przecież coś robić muszę :) 
A i....... przebadaj się!
Bo zawsze lepiej jest wiedzieć, zatrzymać się, wyleczyć... niż nie wiedzieć, a potem toczyć długą i ciężką walkę.

wtorek, 6 lutego 2018

31. Czternasty raz z Orkiestrą



To był mój czternasty raz.
Wiem. To wyznanie brzmi niczym wyznanie na łamach młodzieżowego czasopisma. Ale ani nie jestem już nastolatką, ani też nie zamierzam wyznawać niczego co miałoby spowodować zaróżowienie policzków, a tylko moją dumę.

Czternaście lat temu po raz pierwszy zostałam wolontariuszem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i później każdego już roku byłam w sztabie, w wolontariacie, z puszką, przy loterii…

Zawsze. Druga niedziela stycznia, w działaniu.
Od czternastu lat spełniam obietnice, którą postawiłam sama przed sobą będąc małą dziewczynką. I od czternastu lat innym małym dziewczynkom i chłopczykom staram się w ten symboliczny sposób pokazać, że z nimi jestem, że nie zapomniałam, że im też się uda…..
Chorujące Dzieciaki, to silne Dzieciaki, Dzieciaki, które gdyby mogły to siłą swoich charakterów oświetliłyby naszą planetę na siedemset lat w przód. Takie Dzieciaki to dla mnie bohaterowie, takich bohaterów poznałam w swoim chorowaniu mnóstwo…. Dzieciaków które nie skarżyły się na los, które w szpitalach organizowały sobie życie, opiekowały się sobą nawzajem, toczyły znacznie za wcześnie zbyt poważne rozmowy odprowadzały siebie nawzajem na zabiegi, ale też organizowały wyścigi na wózkach inwalidzkich…
I te Dzieciaki po prostu zasługują na nasze wsparcie. Myślę nawet, że jest naszym obowiązkiem pomóc…
Więc wystaję co drugą styczniową niedzielę i marznę, czasem zamaczam buty, czasem grzeje się w sztabach, czasem biegam z Przyjaciółmi po ulicach miast, czasem zapełniam swoją puszkę, a czasem staram się dopilnować aby wszystko grało. I gra, w moim życiu od czternastu lat.

„Nie wdawać się w dyskusje.”
W tym roku, jak każdego roku, obiecałam sobie „nie będę wdawać się w dyskusje z przeciwnikami Orkiestry … zwłaszcza w internetowych komentarzach”, i po raz pierwszy obietnicy dotrzymałam. Z jednej strony bardzo mi przykro, że musiałam dojść do punktu przyznania, że czasem dialog nie ma sensu, o ile można nazwać rozmowy z przeciwnikami dialogiem…. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy, ani razu w żadnej z dyskusji nie pojawił się ani jeden mądry racjonalny, prawdziwy argument. Zwykle są to argumenty tak bardzo z fantazji, że nie jestem w stanie dojść do tego jak ktoś do takiego punktu doszedł, a jeśli został do takiego myślenia przekazany to że go nie sprawdził, nie zweryfikował i że go tak po prostu na oślep powtarza.

Ja mam argument, moim argumentem jest życie, zdrowie wielu Dzieciaków i sprzęt, który jest w każdym dziecięcym szpitalu czy oddziale.  A gdyby nie Orkiestra…..

„Państwo powinno zapewniać sprzęt”, to kolejny z argumentów przeciwników. I tak, zgadzam się! Gdzieś tam, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami i morzami…. W idealny życiu, na idealnej planecie – jakieś idealne państwo zapewnia wszystko swoim obywatelom. Szkoda tylko, że nikt nie zna drogi do tego idealnego świata, bo pewnie wszyscy byśmy w nim mieszkali. Nawet bardzo bogate kraje na kuli Ziemskiej, a może właśnie częściej one pracą stowarzyszeń i fundacji zapewniają swoim obywatelom to czego państwo zapewnić nie może.  

Ale im trochę zazdroszczę. Nie, nie zazdroszczę „przeciwnikom”, braku wrażliwości, podejrzliwości, i braku chęci poznania świata takim jaki jest, a nie jakiego nam pokazano ja im zazdroszczę momentami tego, że chyba musieli mało przeżyć. Tak zwyczajnie mało…
Więc ludzie lekko wam zazdroszczę. Większość z Was po prostu nie musiała niczego granicznego przechodzić, nie musieliście jako dziecko spędzać czasu na szpitalnych oddziałach lub czekać na wyniki badań swojej latorośli patrząc jak cierpi.

Przestajecie się liczyć.
Możecie dyskutować, oskarżać bez żadnego argumentu i wysilać się w komentarzach, nie pomagając nigdy nikomu. I wściekam się na to i złoszczę bo to zwyczajnie nie sprawiedliwe.. Gdy nagle na ekranie telewizora spotykam Orkiestrowe Dzieciaki. Kiedyś Łukasz, dziś Jagienka – mała księżniczka, z koroną – wskakują na ekrany monitorów i mówią coś tak mądrego i pięknego, że wy po prostu zostajecie daleko w tyle. Wasze stęki i jęki – wobec ich doświadczenia, argumentów i mądrości nie mają żadnego znaczenia….  
Dla mnie to ONI mają znaczenie. Dla mnie to, że spotykam na ulicy w drugą niedziele stycznia Ludzi z puszkami, starszych, młodszych i całkiem malutkich, zdrowych, chorych, niepełnosprawnych, z długimi włosami i kolczykami, ubranymi na czarno i różowo, różnymi wyznaniami, światopoglądami - TO ma dla mnie znaczenie…  

Mi Orkiestra niczego nie dała, nie miałam Orkiestrowego sprzętu, nie uratowała mi życia bo byłam leczona w klinice dla dorosłych, ale jeden jedyny raz byłam w Centrum Zdrowia Dziecka – to wystarczyło. Widziałam sprzęt oblepiony Serduszkami i słyszałam nadzieje Ludzi, że wszystko się uda bo jest Orkiestra…. Więc Orkiestra nie przyczyniła się do uratowania mojego życia, mojego oddechu ale sprawiła, że moje życie nabrało barw, nabrało kolorów. To dzięki Orkiestrze, ba nawet dzięki Woodstockowi poznałam Ludzi, jakich normalnie bym nie poznała – poznałam swoich Przyjaciół. To dzięki Jurkowi i jego działalności poznałam swoich Przyjaciół, poznałam Ludzi ogromnie ważnych dla mojego serca…. Więc w zasadzie Orkiestra dała mi wszystko… 

Orkiestra jest powodem mojej dumy, z tego kraju, z tych ludzi, z siebie samej… że mi się ciągle tak bardzo mocno CHCE.

I tak. Pod koniec drugiej niedzieli stycznia padam, jestem wykończona, przemarznięta i emocjonalnie wyczerpana – I jeszcze od trzech lat po Finale mam długą drogę do domu – bo tak wybrałam, ale mimo zmęczenia, mimo zmarznięcia zawsze jestem cholernie, najbardziej na świecie szczęśliwa…. I dumna. Bo jeśli z czegoś mogę być dumna mając lat trzydzieści to jestem, nie z tytułu wyższego wykształcenia, a z tego że jestem częścią tej najbardziej pozytywnej Orkiestry Świata.

I choć w niedziele wieczorem z moją Przyjaciółką uznałyśmy, że jesteśmy nieco szalone, że jedziemy aż tak daleko – że może by tak już nie.. to wróciłam do domu w poniedziałek o szóstej rano, wyspałam się, ogrzałam i…. jestem gotowa na kolejny Finał.

Teraz odliczam do Woodstocku na którym podziękujemy sobie nawzajem za Finał, że znów Nam się wszystkim udało…. A wynik tego Naszego zimowego szaleństwa już w marcu! 


czwartek, 11 stycznia 2018

30. małe momenty 2017 roku


    To prawdopodobnie będzie najdłuższy wpis na tym blogu, dlatego nim zaczniecie czytać, zapraszam WAS do Waszych kuchni po kawę, herbatę, kanapki czy co tam lubicie ale zadbajcie o to abyście nie umarli z głodu czy z pragnienia. A ja postaram się abyście nie padli z nudów i dobrnęli do końca.
Każdy Kto to zrobi zasługuje na medal- oczywiście z ziemniaka!

Rok 2017 przeszedł do historii. Dwanaście miesięcy, to nie tylko perturbacje, zmiany w życiu ale również wydarzenia, chwile, miejsca, książki, muzyka, o których chciałabym Wam opowiedzieć. Myślę, że należy dzielić się takimi sprawami, głównie po to abyśmy mogli wzajemnie się inspirować. Być może ktoś z Was zastanawia się co robić w wolnych chwilach tego roku i uzna, coś co tu wymienię za naprawdę godne uwagi.


Książki
Każdy kto mnie zna, wie że kocham czytać. Jednak z czytaniem miewam ogromne problemy, nie dlatego że nie umiem ale dlatego, że nie zawsze jestem w stanie wciągnąć się w lekturę. Mam czasem wrażenie, że pochłania mnie zbyt wiele spraw, zbyt dużo rozmyślam i kiedy już znajduję czas na książkę, bardzo często po prostu nad nią zasypiam.

Jednak z tą książką było zupełnie inaczej. Dla tej książki zerwałam niejedną noc, ale też na nią obraziłam się i przerwałam czytanie na ponad tydzień. Nie dlatego że mnie nudziła ale dlatego, że jej treść była momentami dla mnie zbyt…..

Małe życie
Myślę, że nie ma osoby, którą ta książka pozostawia obojętnym. Każdy kto ją przeczytał, a z kim rozmawiałam, mówił że nie może o niej zapomnieć, ciągle myślami wraca do bohaterów i że realnie przejmował się ich losami.
Małe życie, to powieść o przyjaźni jaka łączy czterech dorosłych mężczyzn. To piękna, acz momentami skomplikowana relacja ale i  odkrywanie wzajemnych historii, wcale nie łatwego życia. To książka, która pozwala czytelnikowi zaprzyjaźnić się z bohaterami, po to aby kilka stron później mógł z nimi przeżywać, płakać, czasem śmiać się.
Brzmi dość banalnie- prawda?
Nic bardziej mylnego, Hanya Yanagihara, to autorka niezwykle odważna, bo w jednej powieści poruszyła kilka tematów, które nazywane są przez niektórych za kontrowersyjne. To opowieść o tym, że czasem mimo usilnych starań nie można zostawić nawet najbardziej przeraźliwych wydarzeń za sobą…. To opowieść o konsekwencji, nie tylko wyborów czy czynów ale przede wszystkim wydarzeń, które były naszym udziałem, a na które nie mieliśmy zupełnie wpływu.
Mocna, momentami przerażająca i obrzydliwa ale też ucząca, uświadamiająca i niestety bardzo, ale to bardzo prawdziwa. Bo choć przecież wydarzenia, które były udziałem bohaterów nie były realne, to doskonale wszyscy wiemy, że każdego dnia ktoś: dziecko, kobieta, mężczyzna, po prostu człowiek, doświadcza tak traumatycznych wydarzeń, jakim jest chociażby przemoc.  
Dla mnie ta książka to nie tylko nauczyciel, który zwraca uwagę, aby być bardziej czujnym, aby mieć oczy dookoła głowy i zawsze reagować – bo to naprawdę ma znaczenie.
Ta książka to także podróż przez życie z bohaterami z którymi się zaprzyjaźniłam i będę pamiętać ich historię i ich samych na całe życie..,
Mimo tego, że nigdy nie zapomnę bohaterów Małego życia, drugi raz nie przeczytam tej książki, z tego samego powodu, z którego nie polecam tej książki tym wszystkim, którzy są wrażliwi, spodziewają się dziecka, mają problemy ze zdrowiem na tle nerwowym – uważam po prostu, że Małe życie – jest wielką, niesamowitą historią, z którą należy się zmagać tylko wtedy, jeśli jest się w stanie to wszystko „jakoś” wytrzymać….

Wszyscy, z którymi rozmawiałam o tej książce zgodzili się ze mną, co do wrażeń, ale zgodzili się też co do tego, że po Małym życiu – naprawdę trudno zabrać się za czytanie, trudno znaleźć coś godnego uwagi….

Ale znalazłam! Książkę do której podczas tego roku wracałam często i ciągle mnie bawiła, ale głównie wzruszała.


Opowiedz swoją historię

Każdy, kto sercem, duszą, bądź czymkolwiek macie, jest związany z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy – znajdzie prawdziwą przyjemność, w książce Opowiedz swoją historię. Książka ta to nic innego jak zbiór zebranych przez Fundację opowieści: wolontariuszy, dobrych aniołów, dzieciaków uratowanych przez Orkiestrę i ich rodziców.  
To ogromna ilość uśmiechu, wspomnień. Czasem też tych bolesnych, związanych z chorowaniem czy pobytem w szpitalu ale jednak zwycięskich bo zakończonych leczeniem dzięki sprzętowi zakupionemu przez Fundację. Każda opowieść, to argument na pytanie dlaczego jestem wolontariuszem Orkiestry i dlaczego będę z Nią grała do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Tej książki nie czytałam, od deski do deski – czasem otwierałam i otwieram, na dowolnej stronie czytam jedną, dwie historie- wzruszam się i odkładam książkę na półkę. Ciągle przy tym czując ogromną dumę, że Polska ma taką Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a ja mogę być jej częścią.
Tej książce wydawniczo, może i można mieć coś do zarzucenia – bo znajdziecie w niej błędy, ale w tym jest jej cały urok, bo jest pisana przez ludzi, nie edytowana, nie poprawiana – a potrafi wzruszyć znacznie bardziej, niż nie jedna dopracowana na tip top książka…
 
25 Finał WOŚP - Opowiedz swoją historię



Tuk tuk – Cinema, to ostatnia książka jaką chciałabym Wam polecić, szczególnie wszystkim tym, którzy chętnie daliby autorowi zabrać się we wspólną podróż po Indiach, po Nepalu, wzdłuż Gangesu i to nie byle czym, bo skuterem! Mnóstwo książek przeczytałam o podróżowaniu, większość z nich zachwyca, zwłaszcza kiedy podróż, czy wędrówka odbywa się po zakątkach dla mnie wymarzonego wschodu. Jednak ta książka jest inna bo i sposób podróży i cel są dość niestandardowe. Otóż autor podróżuje z objazdowym kinem! W dalekich zakątkach wchodu wyświetla, głównie dzieciakom ale i nie tylko nasze rodzime kino. Bolek i Lolek dzięki autorowi zawędrowali, aż do wiosek położonych daleko w górach, po to aby móc nieść radość. Autor w przezabawny sposób opisuje swój pobyt w tych niezwykłych miejscach, swoje zmagania z kinem, ale też ze skuterami. Z całego serca polecam Wam tą książkę, również po to abyście uwierzyli, że marzenia, nawet o tych najodleglejszych podróżach, można realizować- czasem zupełnie inaczej. 

Robb Maciąg - Tuk Tuk cinema


Muzyka

Muzyka towarzyszy mi niemal non stop. Trudno określić po jakie gatunki sięgam, bo nie lubię i nie umiem dzielić muzyki na działy, ale jeśli ktoś by mnie zmusił do dokonania takiej weryfikacji, to moje serce kocha poezje śpiewaną, ale również rock – jego różnorodne brzmienia i gatunki.

Jedną z płyt po jaką często sięgałam w ubiegłym roku, jest płyta wydana już sporo lat temu bo w roku 2003 i należy do tak zwanej Krainy łagodności. 

Agata Rymarowicz – Pamiątki,

Płyta, jak już wspomniałam ma kilka dobrych lat. Jednak nieuczciwie byłoby o niej nie wspomnieć. Jestem osobą, która jeśli wpadnie mi coś w ucho, to mogę słuchać tego czegoś niemal non stop, i dokładnie tak było i jest z tą płytą.
Płyta zawiera trzynaście utworów, w większości są to autorskie utwory pani Agaty, ale także na przykład pieśni ludowe. Dla mnie wszystkie one są przewspaniałe i w niewyjaśniony dla mnie sposób pachną wiosną.
Mimo, że Pani Agata dość często, z tego co mi wiadomo wędruje po uliczkach Krakowa, bardzo trudno jest namierzyć jej koncerty, ale mam nadzieje że w końcu mi się uda.

Agata Rymarowicz - Pamiątki


Nie opuszczając Krainy łagodności, chce polecić Waszej uwadze jeszcze jedną płytę. I każdy kto mnie zna doskonale wie, że musi tu się znaleźć płyta Ciszy jak ta.
Cisza jak ta, to jeden z tych zespołów, który towarzyszy mi, a ja jemu od bardzo dawna. I moim zdaniem, są wspaniali zarówno na płytach, jak i koncertach. Jeśli chcielibyście zawędrować do muzyki Krainy Łagodności, a nigdy tego nie robiliście, to myślę że są wspaniali do polecenia. Jeśli zaś muzyka Krainy Łagodności jest Wam znana, to prawie na pewno znacie i Ich. 


Cisza jak ta- Nieobecność

To płyta wydana w 2017 roku. Znajdziecie na niej dwanaście utworów, głównie poezje Aleksandry Bacińskiej, ale także między innymi Tomasza Borkowskiego.
Nieobecność i jej stała towarzyszka tęsknota, to nieustające natchnienie dla poetów i muzyków, bo przecież każdy zmaga się z tęsknotami i nieobecnością, która obecnie przybiera różnorodne formy… O poezji trudno jest mówić, dlatego po prostu polecam Wam zasłuchać się w Nieobecności – Ciszy, chociażby po to aby być bardziej obecnym… 

Cisza jak ta - Nieobecność


Jedną z moich ukochanych form spędzania wolnego czasu, są koncerty – koncerty różnorakie.
W zeszłym roku, podobnie jak w poprzednim kiedy to wybrałam się pierwszy raz w życiu na Operetkę, doświadczyłam zetknięcia się z muzyką różnych chórów. Nie jestem w stanie wymienić na jakich konkretnie koncertach chórów byłam ponieważ naprawdę na tym się nie znam, ale wiem że wśród nich był koncert Chór Magdalen College, Oksford.
Muszę przyznać, że mimo swojej ignorancji i nieznajomości tematu to występ tego Chóru zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Dlatego, nawet jeśli na czymś się nie znacie, jakiś gatunek muzyki jest Wam totalnie obcy, to czasem warto dać się zaciągnąć na takie wydarzenie.., chociażby po to aby wiedzieć czy warto wrócić w przyszłości czy raczej zapomnieć.
Jednak poza takimi, dla siebie obcymi formami byłam oczywiście na wydarzeniach związanych z moimi upodobaniami. 

Przy płytach wspomniałam o koncertach zespołu Cisza jak ta-  dla mnie tradycją jest, że  w ciągu roku bywam na ich koncertach, tak często jak się tylko da, czyli tak często jak ich drogi krzyżują się z moimi. Ich muzyka jest po prostu „moja”. Jeśli ktoś z Was nigdy nie był na ich koncercie, a poszukuje możliwości pośpiewania, jak również sprawienia swojej duszy trochę uśmiechu i wzruszeń to jestem przekonana, że się nie zawiedziecie. 



Dzięki Ciszy jak ta, w tym roku również miałam okazje uczestniczyć na koncertach: Pana Leonarda Luthra jak również Słodkiego całusa od Buby. Mimo, że na tych koncertach byłam początkiem tego roku, to często wracam do nich wspomnieniami.


W przypadku pana Leonarda, było mi niezwykle miło móc go usłyszeć, po tylu latach słuchania na jednym z krążków. Z Jego twórczością zapoznał mnie mój Tato, wspaniale było usłyszeć, że utwory znane z płyty, brzmią na żywo jeszcze lepiej. Pan Leonard jest człowiekiem niesamowitym, człowiekiem który wspaniale nie tylko śpiewa i gra, ale również opowiada, zwłaszcza o swojej ukochanej Bydgoszczy. Podejrzewam, że każde miasto chciałoby mieć Pana Leonarda za swojego mieszkańca, po to aby o nim tak opowiadał.
Słodki całus od Buby jest mi znany dzięki swoim własnym szperaniom i poszukiwaniom w internecie, bycie na ich koncercie to prawdziwa gradka. Nie da się wyjść z takiego koncertu nie rozśpiewanym i niezadowolonym, po prostu uśmiech nie schodzi z twarzy – bo dwóch muzyków (na takim koncercie ja byłam) potrafi w cudowny sposób rozśpiewać słuchaczy ale też rozbawić anegdotkami.

Poza Krainą Łagodności, na uwagę zasługują dwa Woodstockowe koncerty na jakich byłam w tym roku. Na Woodstocku było oczywiście znacznie więcej koncertów, a i ja byłam na kilku z nich ale te dwa szczególnie zapadły mi w pamięci. 

 

Wilki na Woodstocku

Myślę, że podobnie jak koncert Budki Suflera – który odbył się na Woodstocku w 2014 roku tak i koncert Wilków wylądował w planach niemal większości Woodstockowiczów. Trudno bowiem przejść obojętnie obok takiego wydarzenia, obok koncertu zespołu przy którym wielu z nas dorastało, przeżywało pierwsze poważne przygody, zakochiwało się – wiadomo, przeżywało swoją młodość- czasem bardzo młodą młodość. Tym bardziej, że zespół postanowił przedstawić nam swoje utwory sprzed wielu lat. Nie jest tajemnicą, że są utwory które nigdzie nie zabrzmią tak dobrze jak na Woodstocku i myślę, że właśnie tego mogliśmy doświadczyć chociażby w przypadku utworu „Aborygen”.
Drugim, a w zasadzie dla mnie numerem jeden z Woodstockowych koncertów był koncert Hey na Woodstocku
Mnóstwo osób czuje sentyment do Kasi Nosowskiej i Hey- dla mnie marzeniem było być na ich koncercie właśnie na Woodstocku. Najpiękniejszy Festiwal i jeden z ukochanych zespołów – wiedziałam, że będzie doznaniem niezapomnianym. Marzenie to zostało spełnione podwójnie, ponieważ Hey wystąpiło na Woodstocku również w roku 2016, a w tym gościło w ramach docenienia przez publiczność Złotym Bączkiem.
Jest to dla mnie szczególne wspomnienie, ponieważ pod koniec roku zawiesił swoją działalność. Znacznie łatwiej było mi przyjąć tą wiadomość, mając w pamięci tegoroczny koncert. Żałuje bardzo, że nie zdołałam być na koncercie z trasy pożegnalnej, ale temu Woodstockowemu również niczego nie brakowało. Kasia Nosowska w zasadzie nigdy nie zawodzi, a jej teksty niezależnie od tego sprzed ilu lat są poruszają tak samo….

Filmy

Z wymienionych kategorii, filmy są tą do której najrzadziej zaglądam. Dość trudno mnie zaciekawić, bardzo często opuszczam pokój w którym moja rodzina ogląda film, a jeśli już to najczęściej umiem usiedzieć na animacjach. Mimo tego, w tym roku widziałam trzy filmy godne uwagi, i tak się składa że wszystkie trzy są filmami biograficznymi.
Początkiem tego roku było głośno o Sztuce kochania. Prawie każdy był na tym filmie w kinie, albo przynajmniej każdy o nim słyszał! A jeśli nie, to absolutnie musicie się przyjrzeć zarówno filmowi jak i Pani Michalinie Wisłockiej.
Moją uwagę przyciągną nie tyle aspekt prywatnego życia pani Michaliny, które było dość skomplikowane i nie zawsze łatwe, lub takie o którym zwykło się marzyć ale jej społeczna działalność, jej nieustająca walka o to, by móc mówić o Sztuce kochania i by mówić o niej bez tabu…
Złożyło się tak, że film ten promowano w momencie kiedy w Polsce trwały głośnie dyskusje o tym jaka powinna być „prawdziwa” kobieta, czego pragnąć, jak żyć. Zderzenie światów, przeszłości lat 80 i teraźniejszości osobiście mnie poraziło, bo niby zmieniło się tak wiele, a nie zmieniło najważniejsze… Otóż nadal kilku smutnych panów z równie smutnymi paniami próbuje decydować o tym jakie jesteśmy lub chociaż jakie powinnyśmy być, o tym która z nas jest bardziej, a która mniej wartościowa, czego powinnyśmy pragnąć, jakie decyzje podejmować, co czuć….
Kolejnym filmem jaki udało mi się zobaczyć był film, który obejrzałam z rocznym opóźnieniem, bo film jest z 2016 roku.

 

Ostatnia Rodzina

Podobnie jak cała twórczość Beksińskiego i jego malarstwo, tak samo film o Nim i jego rodzinie wywarł na mnie ogromne wrażenie. Każdy kto zetknął się z życiorysem pana Zdzisława ale także jego syna Tomasza domyśla się, że nie jest to film łatwy, ani też taki który poleciłabym na relaksujący wieczór. To raczej film i historia taka, która na długo zostaje w pamięci, a jej treść jest może nie tyle kontrowersyjną ale przede wszystkim niecodzienną.   
Relacje poszczególnych członków rodziny, traktowanie siebie nawzajem. Z jednej strony artystyczne dusze ojca i syna prowadzą do sukcesów w artystycznych działalnościach, z drugiej nadwrażliwość na otaczający świat staje się przyczyną tragedii, która dotyka rodzinę Beksińskich. Nurtuje mnie czy zetknięcie wrażliwej duszy z mrocznością twórczości pana Zdzisława mogło mieć aż tak zgubny wpływ na jego syna..
To jeden z takich filmów o którym trudno jest opowiedzieć, ale na pewno taki który warty jest zobaczenia.  

 

Twój Vincent,

z wymienionych filmów ten na pewno zasługuje na miano dzieła sztuki, w zasadzie jest dziełem sztuki.
To nie tylko film opowiadający życie, a przynajmniej część życia Vincenta Vangoga ale przede wszystkim niezwykły hołd oddany artyście. Ponad stu artystów zdecydowało się na stworzenie filmu, opowiadającego o losach malarza- wykorzystując znany z jego obrazów styl malowania.
Kiedy jeden reżyser i jeden scenarzysta pracują nad filmem ich nazwiska są znane publiczności, kiedy tak wielu artystów tworzy obrazy, nazwisko pojedynczego staje się jednym z wielu i jest nie rozpoznawalne – choć w tym wypadku powinno, każdy kto przyłożył pędzel, kto pracował nad obrazem, grafiką w tym filmie zasługuje na Oskara.
Poza walorami artystycznymi i niezwykłą metodą jaką jest wykonany ten film, jego fabuła ogromnie mnie wciągnęła. Film opowiada o mężczyźnie, który na życzenie swojego ojca listonosza próbuje dostarczyć ostatni list Vangoga do jego brata. Podczas próby dostarczenia listu, bohater poznaje ludzi którzy opowiadają mu o Vincencie o jego ostatnich dniach, o tym jaki był i jakie relacje ich z nim łączyły…
Sądzę, że ten film jeszcze kiedyś, być może niedługo zobaczę.

 

Miejsca

Ciekawym jest, że dwa filmy, które wywarły na mnie ogromne wrażenie opowiadają o malarzach, podczas gdy ja, absolutnie na malarstwie się nie znam. Być może spałam na lekcji plastyki, ale głównie zapamiętałam z niej nudne malowanie martwej natury dlatego mimo, że czasem gości u mnie w dłoni ołówek i kredki to nie mam ani specjalnego talentu, ani wiedzy.
Dlatego też kiedy zostałam zaproszona na wspólne popołudnie do Muzeum przez moją Przyjaciółkę, mina nieco mi zrzedła kiedy okazało się, że idziemy na wystawę malarstwa Polskiego z XIX wieku. Pomyślałam sobie, że z moją wiedzą, a raczej jej brakiem będę się totalnie nudziła, nie wynosząc z muzeum nic dla siebie. Znów okazało się, że byłam w totalnym błędzie.
Kraków moim okiem :)

 

Tą wystawę możecie na stałe oglądać w Sukiennicach w Krakowie i nie wiem czy to my miałyśmy takie szczęście, czy tak jest zawsze ale Pani przewodniczka była wprost genialna. Moja rodzina śmieje się ze mnie czasem, że kiedy coś bardzo mnie zaciekawi to dosłownie opada mi szczęka i obawiam się, że w muzeum moi współtowarzysze mieli okazje oglądać taką wersję mnie.
Gdyby tylko tak jak ta Pani nauczyciele w szkołach opowiadali o historii naszego kraju, o jego dorobku, w zasadzie o czymkolwiek – to jestem przekonana, że nie musieliby nigdy nikomu wpisać jedynki, a nas zainteresowanych, zaciekawionych byłoby znacznie, znacznie więcej.
Poza oczywistym wgapianiem się w sztukę, co akurat uwielbiam, Pani przewodnik opowiadała o symbolach w malarstwie, jak ono działało na społeczeństwo, dlaczego niektóre postaci były malowane tak, a nie inaczej i naprawdę robiła to zajmująco… Dlatego jeśli tylko jesteście w Krakowie albo zamierzacie być to ja z całego serducha Wam tą wystawę polecam.

   

Jeden rok, trzy ZOO

Surykatki w Krakowskim ZOO

 

Niezależnie czy znajdujecie się w okolicach lub w samym: Poznaniu, Krakowie czy Warszawie, może nie teraz zimą ale już na pewno wiosną chciałabym polecić Wam Zoo. Miejsca w których można przede wszystkim odpocząć, odetchnąć i nagapić się na coś najpiękniejszego- bo moim zdaniem nie ma nic piękniejszego niż natura.
Zdania co do słuszności istnienia Ogrodów Zoologicznych są podzielone. Zwolennicy zwracają uwagę, że wiele gatunków zwierząt przetrwało tylko dzięki ich istnieniu jak również na to, że osobniki jakie u nich mieszkają są w niewoli od urodzenia. Przeciwnicy uważają z kolei, że zwierzęta powinny być wolne, bez wyjątku. Osobiście mam mieszane odczucia i jeśli bywam w Ogrodach zoologicznych to tylko takich co do których wiem, że zwierzęta są przytrzymywane w dobrych warunkach. 
najmłodsza i najmniejsza ze Żyraf - ZOO Kraków

 

i naprawdę malutka Kawia domowa - zwana świnką :)

 

Te trzy Ogrody Zoologiczne z pewnością do takich należą. Miałam lekkiego pecha jeśli chodzi o Zoo w Poznaniu bo większość zwierzaków była akurat pochowana – ZOO przechodziło remont, ale wyobrażam sobie że teraz musi być tam naprawdę pięknie, bo tak właśnie się zapowiadało.
Największe wrażenie wywarło na mnie miejsce w Warszawskim ZOO – zaaranżowane na dżunglę. Nigdy chyba nie poczuje jak to jest być w prawdziwej dżungli, ale miło było poczuć chociażby jej namiastkę. Ilość odcieni zielonego, dźwięki śpiewających, świergoczących, popiskujących ptaków, które ma się niemal „na wyciągnięcie ręki”. Cudo!
W Krakowskim Zoo byłam już kilka razy i za każdym razem niesamowite wrażenie robi teren ZOO, bo zajmuje ono naprawdę sporą powierzchnię dzięki temu, że znajduje się na obrzeżach Krakowa, a nie w samym jego centrum.
Nie wiem od kiedy, ale ja po raz pierwszy widziałam woliery z dużymi kotami. I przyznam, że to robi wrażenie. Możliwość podejścia do szyby, za którą spacerują lwy i świadomość, że są „na wyciągnięcie ręki”, na nasze szczęście jednak uniemożliwia to szyba sprawia, że ma się gęsią skórkę. Ta bliska odległość uświadamia też ogrom tych zwierząt…. Myślę, że gdyby taki lew, czy tygrys miałby ochotę wyjść za tych krat, podobnie jak w wierszyku, chętnie by mnie zjadł – nawet bez konieczności wcześniejszego przewracania…
jeden z ogromnych Kociaków - Gepard

 

imponujący Król zwierząt - Kraków ZOO 2017

 

 

Jeśli już będziecie w Krakowie – poza wystawą o której wspomniałam i Ogrodem Zoologicznym z całego serducha polecam Wam Kazimierz. Najlepiej polecam Wam go z kimś kto potrafi opowiadać, bo o tej dzielnicy Krakowa naprawdę warto się dowiedzieć i ją zobaczyć. A gdy już tam będziecie i będziecie zastanawiać się gdzie wejść to zawędrujcie do kawiarni Cheder. Zapewniam, nie pożałujecie. 
Mam nadzieje, że któraś z moich propozycji przypadnie Wam do gustu, że któraś z nich sprawi że będzie mieli milszy, inspirujący wieczór bądź zawędrujecie w któreś z polecanych miejsc.
Może że Ktoś zasłużył na medal z ziemniaka docierając do tego miejsca? 
Czy Wy też doświadczyliście pięknego spotkania z muzyką, miejscem, filmem w 2017 roku? Z mojej strony postaram się, od czasu do czasu polecać Wam „coś ciekawego”. 
Muszę przyznać, że samo wspomnienie o tym wszystkim było dla mnie miłym podsumowaniem poprzedniego roku i życzę i Wam i sobie aby i ten rok był inspirujący.